Cecylia Malik

 

Malarstwo drogi

 Teksty

Istnieje rodzaj filmu, gdzie bohater udaje się w podróż. Film opisuje drogę, którą ten przemierza, ale nie w wymiarze przygodowym, lecz raczej egzystencjalnym. W drodze liczą się napotkani ludzie, liczy się powolne odkrywani sensu życia. Droga ma tu przede wszystkim charakter poznawczy.

W obrazach Cecylii motyw drogi jest elementem na pierwszy rzut oka najbardziej wspólnym. Oto malarz przemierza ulice miasta i uwiecznia napotkane przedmioty: chodnikowe przykrywy zaworów, piwniczne okienka, kanalizacyjne odpływy. I dalej: "portrety" kamieni, ptasich piór, szczap drewna pochodzą już nie z miasta a z górskich dolin. Niezmienne jednak pozostaje wrażenie, że cały proces tworzenia odbywa się ze spuszczoną głową, jakby to, co naokoło nie miało większego znaczenia.

Jest w tym malarstwie spora porcja zadumy, która nie domaga się jednak bodźców zewnętrznych. Tu nie napotkane formy regulują proces myślowy, a odwrotnie; każdy z przedmiotów jest precyzyjnie wyselekcjonowany by stać się symbolem pojęć dla człowieka kluczowych.

Obecność ognia wiedzie od skojarzeń wprost z esencją domu, rodziny: miłością, bezpieczeństwem (Piec). Skoncentrowane wokół pieca przedmioty dodatkowo wskrzeszają pamięć przeszłości w jej najbardziej idyllicznej postaci. Równowagę tego przedstawienia burzy jedynie wkomponowana gdzieś w rogu obrazu zwierzęca czaszka. Wprowadzony w ten sposób niepokój, jednoznacznie sugerujący nieuchronność przemijania znajduje swoją kulminację w obrazach Palenisko I-III. Działanie ognia poddane upływowi czasu przeistacza go tu w siłę bezwzględnie niszczącą.

Hermetyczna konstrukcja obrazu-cyklu zostawia niewiele miejsca na fabułę. Pozbawione naturalnej dla siebie przestrzeni przedmioty, mimo tego, że oddane z realistyczną precyzją, przyjmują na siebie nową rolę symbolicznych znaków odnoszących się do spraw ostatecznych. Świadome odniesienie do malarstwa ikon pieczętuje eschatologiczny wymiar tych prac.

Kto wie o obowiązku malowania ikon w pozie klęczącej tego nie zdziwi widok malarki na kolanach, na chodniku jednej z miejskich uliczek. Większość pozostanie jednak w pewnej konsternacji, bo malarzy wędrowców już wśród nas od dawna nie ma. Ci bardziej otwarci przystaną na chwilę by zagaić, wnieść w czyjeś życie fragment swojej prywatności. Ich telefony zapisane gdzieś z tyłu na blejtramie na zawsze zwiążą obraz z historią człowieka, z bardzo namacalnym dowodem czyjejś obecności.

Anna Smolak

Spotkanie

Każdy mój obraz jest rezultatem spotkania z naturą, a nie wyobrażenia o niej. Bardzo ważne jest dla mnie doświadczenie jej wszystkimi zmysłami. Dlatego maluję pod niebem w świetle słońca.
Moją pracownią często jest chodnik, gdzie blejtram opieram o mur.

Spotykam ludzi. Spieszą się, prawie przeskakując "mój warsztat".
Ktoś zagaduje. Czasem przechodnie udzielają mi rad.
Czasem mają pretensje, że maluje drzwiczki do piwnicy, a nie kościółek. Starsze panie martwią się, że się przeziębię od siedzenia na ziemi.

Jestem miła. Pytam o numer telefonu obiecując, że ich zaproszę, jak zrobię wystawę. Zapisuję imiona po drugiej stronie płótna - stają się wtedy współbohaterami obrazu.

Trudno się wtedy skupić, ale właśnie te utrudnienia powodują pewien szczególny rodzaj koncentracji.
Obserwuję każdy blik światła, słucham stukotu obcasów, szczekania psów; przejechał rower, samochody, krzyki, wiatr, piasek, upał, zaczęło padać, sms, ojej już czternasta, zapach rozgrzanego asfaltu, spaliny, miasto.

Od jakiegoś czasu mam w głowie nowy obraz. Palenisko, jeszcze żarzące się.
Dookoła czerwonego okręgu czarne, opalone kawałki drewna wtopione w ciemne tlo, tak, że jedynym akcentem byłby żar w centrum obrazu.
Za kilka dni będę go malować.

Od ogniska bije gorąco, pachnie żywicą, dymem i werniksem, slychać trzaskanie świerkowych patyków, szumią płomienie.
Zaczynam się przyglądać, mrużę oczy. Patrzyłam na ogień tysiąc razy i po raz pierwszy przyglądam się mu naprawdę - zastanawiam się jak mam to namalować. Żar nie jest czerwony, ale pomarańczowy, czasem różowy. Spalone patyki nie są czarne, ale fioletowo-szare i sine.
W kontraście do oranżów ognia i żaru, wydają się być błękitne, mienią się srebrzystymi odcieniami.

Zamiast czerni, wyciskam na paletę ultramarynę, biel tytanową, umbrę i cynober. Wchłaniam w siebie ten widok. Obraz będzie zupełnie inny niż go sobie wyobrażałam.
Maluję pomarańczowy żar na fioletowo-srebrnym tle.

Cecylia Malik

 

Unik

Wiesz co, Stary, jestem podobny do tego kamienia otoczaka. No aż tak to nie utyłeś. Bardzo śmieszne. Chodzi mi o to, że już nie mam żadnych "kantów" - no wiesz. A ja przeciwnie- jestem tym trójkątnym. Tym, co mu wyszła ta biała żyłka z wysiłku? Kiepski żart. Zaraz ty niesiesz statyw, to twój sprzęt! Pewnie że mój, ale zdjęcia są dla ciebie. Do tego lasu, potem zmiana. Dobra, Panie Żyłka, do tego lasu się turlamy.

W cieniu lepiej. Dobre drzewa i szumią! Tak. Zobacz tą sosenkę, tam na samej górze. Jest wygięta na długości pół metra w s- dziwne. Co się czepiasz, to się nazywa unik. Unik- rzeczywiście, choć trochę to trwało. Tobie filmy akcji odbierają możliwość obiektywnej oceny czasu. Ty, Otoczak, zapal kadzidełko!

Drewno jest dobre. To- żywe i to stare, połamane, spróchniałe. Jakieś takie czyste nawet jak na ziemi leży w błocie i wodzie. Zupełnie inaczej niż przedmioty zrobione przez człowieka te porzucone.

 Ja ci powiem, co jest jeszcze dobre! Dobry to teraz jest kubek zimnego mleka. Dobra jest podkoszulka na zmianę, bo wysoko to wieje i w mokrej zimno. Dobre jest też to, że mamy niedaleko nocleg. Tak, to jest dobre...

Zrobiłeś? Tak. No to wracamy. Hej, rozwalił ci się but! Wiem. Od ciosów karate, he he? Mam drugie na zmianę, chcesz? Nie, naprawię je. Przywiązałem się.

Dla Cecylii.

Paweł Wątroba

 

© Cecylia Malik 2003-2007
powered by: ARTplus